Nauczania mnie smażenia powideł podjęła sie moja mama. Dziękuję jej za to. Ale nie tylko. Za wszystko. Kocham Cię, mamo.
Stara, kilkudziesięcioletnia, o ile nie stu, śliwa stoi pośrodu mojego podwórza. Co drugi rok obradza bardzo pięknie, jeśli chodzi o sprawę ilości i jakości. Ten rok właśnie jest tym drugim, gdzie uraczyła mnie ona swoimi owocami. Piękne, duże i dorodne, przesycone naturalną słodycza, idealnie nadają się na powidła. Poza tym, uwielbiam zapach smażenia tego rarytasu. Unosi się on po całym domu i przywołuje te lata, kiedy obie stałyśmy w kuchni, pośród bulgoczących kociołków z odparowującymi owocami.
Mamine powidełka śliwkowe.
( Podaję tylko sposób zrobienia. Proporcje według uznania. U mnie zazwyczaj na oko.)
bardzo dojrzałe śliwki
cukier
Śliwki dokładnie opłukać, wypestkować, wsypać do garnka o grubym dnie. Gotować pod przykryciem ok. 15 minut, co chwilę mieszając, aż sok przykryje owoce. Następnie zdjąć pokrywkę, zmniejszyć ogień i mieszając co jakiś czas, gotować aż do uzyskania interesującej nas konsystencji (u mnie, przy ok. 2 kg owoców, zajęło to ponad 4 godziny). W międzyczasie wsypać część cukru. Pół godziny przed końcem smażenia wsypać resztę cukru. Oczywiście, jego ilość zależy, czy wolimy kwaskowe czy raczej słodsze. Słiczki wyparzamy. Gorące powidła przekładamy do słiczków, zakręcamy i odstawiamy do góry dnem do wystygnięcia.



Też smażę ale trochę później, kiedy są węgierki.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
i ta stara śliwa i domowe powidła.. dobrze, że doceniane.
OdpowiedzUsuńoo, a ja chce powidla wlasnie robic! :)
OdpowiedzUsuńUwielbiam powodła domowej roboty, świetnie wyglądają w tym słoiczku u Ciebie :)
OdpowiedzUsuń