sobota, 5 kwietnia 2014

MAMA KARMEL-ITKI DLA "CHWILI DLA CIEBIE".




Kto jeszcze nie zakupił, niech pędzi do kiosku czy prasowego saloniku!
Mama Karmel-itki udziela wywiadu dla "Chwili dla Ciebie", gdzie wyraża swoje zdanie o moim blogowaniu. Czasem warto dowiedzieć się, co sądzi o tym wszystkim najbliższa sercu osoba.






 Dla tych, co z jakiś względów nie posiadają tego numeru "Chwili dla Ciebie", a są zaciekawieni, co też Karmel-itkowa Mama zdradza - cytuję artykuł poniżej.
Uprzedzam też - jak to tabloidy tego typu, nieco historia napisana jest zbyt w stylu romansidła, nieco zakolorowana,w końcu nigdy nie jest tak kolorowo i słodko jak w cukierni.




"ZAKRĘCONA" NA TYM PUNKCIE JAK JA.

"Adrianna powtarza znajomym, że talent do pichcenia wyssała z mlekiem matki"
- śmieje się Donata Łabenda z Kościana (woj. wielkopolskie).

Donatka, dziś Ty robisz obiad. My z tatą musimy wyjechać - mówiła do mnie mama, gdy miałam raptem 12 lat. Nie oburzałam się, wręcz przeciwnie, puchłam z dumy, że tak ufa moim zdolnościom kulinarnym. Przecież podczas nieobecności mamy musiałam nakarmić nie tylko siebie, ale też dwóch młodszych braci.
- No chłopaki, dzisiaj będzie Wasze ulubione danie! - mówiłam im wtedy.
  Staszka poznałam na wiejskiej zabawie. Szybko stał się w naszym domu częstym gościem, a wkrótce moim narzeczonym.
- Mama podsuwała ci pod nos rarytasy z naszej kuchni, więc uznałeś, że niedaleko pada jabłko od jabłoni i lepszej partii nie znajdziesz... - śmiałam się, gdy prosił mnie o rękę.
- Obie fantastycznie gotujecie, ale jak jestem z Tobą i chleb powszedni ma cudowny smak. 
  Stanęliśmy na  ślubnym kobiercu, gdy miałam 22 lata, a Staszek 29. Przez pierwsze półtora roku mieszkaliśmy z rodzicami męża, a później z naszą córeczką, kilkumiesięczną Adrianną (dziś 19l.), przeprowadziliśmy się do Kościana. Mąż, wówczas pracownik Lasów Państwowych, otrzymał tam ładne, służbowe mieszkanie.
- Pójdę do pracy, jak mała podrośnie - zaproponowałam mężowi.
- To bardzo dobry pomysł - przytaknął.
  Adrianna od małego towarzyszyła mi w kuchni, wszystko robiłyśmy razem.
- Ona gotowanie chwyta w lot, niedługo będzie sama nawet suflety robić - cieszyłam się.  
- Zaraziła się od ciebie i babci - uważał mąż. 
  Był czas, że obie z córką byłyśmy totalnie zakręcone na punkcie pichcenia. Chodziłyśmy do biblioteki spisywać przepisy z kolorowych magazynów. W przychodniach lekarskich wydzierałyśmy je ukradkiem z gazet wyłożonych dla oczekujących w kolejce pacjentów. 
  Niestety, życie to nie bajka. Spadła na mnie ciężka choroba, nowotwór. 
- Adrianna musi szybko dorosnąć... Kto wie, co się zdarzy - mówiłam ze smutkiem mamie.
- Nie martw się - pocieszała mnie. - Dopilnuję, żeby głodna nie chodziła. Zresztą w kuchni radzi sobie już tak dobrze, jak ty i ja. A to jej ciasto drożdżowe jest przepyszne. Ani tobie, ani mnie takie dobre nigdy nie wyszło... - stwierdziła, uśmiechając się, bo wiedziała, że łzy by mi się nie spodobały.
  Wygrałam z chorobą, ale nadal jestem, jak wszyscy pacjenci onkologiczni, pod stałą kontrolą lekarza.
  Gdy najgorsze mięło, rzuciłam się w wir pracy ze zdwojoną energią. Prowadzę wspólnie z mężem sieciowe sklepy ogólnospożywcze. Wychodzimy skoro świt, wracamy koło północy, ale w kuchni zawsze czeka na nas coś smacznego. Oczywiście produkcji Adrianny.
- Mamo, uwielbiam gotować i chciałabym jakoś zachęcić do tego innych - móiwła moja córka, będąc jeszcze w gimnazjum.
- Ale jak chcesz to zrobić? W szkole na lekcjach będziesz agitować? - żartowałam.
- Nie, bloga założę - odparła.
  I tak zrobiła. Od stycznia 2010 roku dzieli się z innymi swoimi kulinarnymi eksperymentami i sprawdzonymi recepturami na stronach bloga "W kuchni Karmel-itki".
- Ada, zrobiłaś już zdjęcie, mogę jeść? - pyta czasem mój mąż, bo już wie, że dla blogera dobra fotografia jest ważniejsza od najlepszego posiłku. 
- Możesz, możesz, widzę, że już ci się do tego ciasta oczy śmieją - odpowiada córka, a ja widzę, że jes szczęśliwa, bo doceniamy i szanujemy jej pracę.
  Dzięki blogowi nasza Ada miała okazję poznać bliżej kilku znanych w całej Polsce mistrzów kuchni.
- Mamo, jadę do Krakowa. Ewa Wachowicz mnie zaprasza do programu "Ewa gotuje". - oznajmiła mi latem 2012 roku. - Przesłałam jej swoje przepisy i spodobały się.
- Tak daleko sama? Nie mam mowy, jadę z tobą! - rzuciłam.
  Spędziłyśmy w Krakowie dwa dni, mieszkając w pięciogwiazdkowym hotelu na krakowskim Kazimierzu. 
  Moja córka była jednym z trojga zaproszonych do programu gości.
- Kamera mnie peszyła - przyznała potem Ada.- Ale powiedziałam to, co uważam. Że trzeba umieć robić w kuchni wszystko, bo jak być gospodynią, to na pełen etat. Że jedzenie to potęga. To sztuka. Miłość i emocje. Radość i uśmiech.
- Rezolutna ta nasza Adrianna - cieszymy się z mężem. - Może zwiąże z gotowaniem swoją przyszłość?
- Może... albo pójde na medycynę - mówi Ada.
  Jestem szczęśliwa i spokojna, bo wiem, że da sobie radę. Bo we wszystko co robi wkłada serce, a to podstawa sukcesu!

Donaty Łabenda wysłuchała Anna Machowska.





Opisane w artykule wsparcie, szacunek i docenianie mojej pracy przez najbliższych tak naprawdę jest zasługą mojego uporu, dążenia do swego i trwania w tym, co robię, bez względu na docinki, złośliwości czy ogólne niezrozumienie. Na szczęście w końcu zaczęto widzieć trud, jaki wkładam i serce, jakim przepełniam każdy wpis na blogu. 

Sprostowanie - w artykule znajduje się błąd. Nazwisko to "Łabenda", nie "Łabęda", poza tym się nie odmienia przez przypadki!

Jak już wpsomniałam na początku, artykuł jest nieco przesłodzony, zresztą czytając go, sami pewnie odnosicie takie wrażenie. Cóż, taka jest konwencja tejże gazet i nic poradzić na to nie mogę.
W każdym razie, lepiej zaczynać swoją karierę od takich tabloidów i piąć się następnie w górę, aniżeli zacząć na szczycie i nagle, ni stąd ni zowąd, stoczyć się do prasy najniższego szczebla.

Ale jestem zła, wręcz wściekła na fotografa, który przyjechał, aby zrobić zdjęcia do artykułu. Nie dość, że zjawił się w nocy, kazał mi o pierwszej piec babeczki "bo on musi mieć zdjęcia". Nie spałam przez niego całą noc, ucząc się do szkoły, po czym i tak zaspałam, usnąwszy nad ranem. Dodatkowo tak się nosił ze swoim profesjonalizmem, aż uszy więdły i robiło się niedobrze. Totalny narcyz! Po prostu... Cham. Żeby nie nazwać go gorzej.




Mam nadzieję, że nie znudziła Was lektura dzisiejszej notki.


Pozdrawiam,
Karmel-itka


8 komentarzy:

  1. Faktycznie, trochę przerysowany ten artykuł ale przyjemny :) Jak już mówiłam - niedługo autografy będziesz rozdawać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. już bez przesady z tymi autografami! nie jestem Elizą Mórawską czy też Magdą Gessler :p

      Usuń
  2. brawo brawo:))) Najśmieszniejszy jest tekst-czy mogę to już jeść? U mnie też przy kazdym posiłku pojawia się to pytanie;p

    OdpowiedzUsuń
  3. Ta, czy owak mniej lub bardziej klorowo - Gratulujemy ! :D

    Pozdrawiamy serdecznie
    Tapenda

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajnie, zawsze to nawet pamiątka i może właśnie wejście na ścieżkę zawodową, kto wie :))

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiesz po przeczytaniu artykułu od razu włączyłam internet i zajrzałam na Twój blog. Bardzo ciekawe przepisy i takie inspirujące :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratuluję i powodzenia! :-)

    OdpowiedzUsuń