ODDAŁAM SZPIK - ODDAJ I TY!



Tym razem nie będzie o jedzeniu, o kulinariach, ani słowem nie wspomnę o gastronomii. Czasem „branżowe” sprawy trzeba odłożyć na bok, by pomóc drugiemu człowiekowi. To największy dar, jaki możemy mu ofiarować.

Przeglądam kolejną to stronę jakiegoś celebryty. „Oddaj szpik, ja też oddaję” – głosi zachęcające hasło. No cóż, gość ma poważanie, jest gwiazdą i ludzie chcą kreować w podobny do niego sposób. Pytanie jednak, czy on z pewnością ten szpik odda? Bycie w bazie fundacji DKMS (Dawców Komórek Macierzystych) stał się trendy, każdy pragnie zapisać się, zdobyć kartę członkowską i móc szczycić się chęcią pomocy. Ale co się dzieje w momencie, gdy dzwonią, że znalazł się biorca?

Zapisałam się do bazy w okolicach końca lipca/początku sierpnia. Zajęło to chwilę – wystarczyło na oficjalnej stronie fundacji wypełnić formularz zgłoszeniowy, otrzymać pocztą zestaw do pobierania wymazu z wewnętrznej strony policzka w jamie ustnej i odesłać. A następnie czekać. Ludzie czekają latami. Rok, dwa, a nawet i cztery. Na świecie jest tylu potrzebujących, jednak bliźniaków genetycznych, w porównaniu z chorymi – bardzo niewielu. Wysyłając swoje próbki, byłam w pełni zdecydowana, choć decyzję podjęłam pod wpływem impulsu. Wiele rzeczy robię z chwilą, dopiero później obmyślając ewentualne konsekwencje, jednak tu… Nie interesowały mnie one, liczył się fakt, że mogłabym komuś pomóc.

Pamiętam to, jakby było wczoraj. Siedziałam w autobusie miejskim, zmierzając na dodatkowe lekcje z języka niemieckiego. To był listopadowy piątek, popołudniu. Zimno, szaro, wietrznie. Powtarzałam słówka z poprzednich zajęć, gdy nagle rozdzwonił się mój telefon.
Po drugiej stronie słuchawki znajdowała się kobieta z fundacji DKMS. „Mamy dla Pani biorcę! To niesłychane, zapisano Panią w bazie zaledwie dwa miesiące temu– ktoś po prostu czekał na Panią”. Te słowa… Docierały do mnie długo, długo potem. Nie zdążyłam nawet dostać karty członkowskiej!

Zgodziłam się natychmiast. Na obydwie metody pobrania. Pierwsza z nich polega na wyizolowaniu komórek macierzystych z krwi obwodowej i tę stosuje się najczęściej. Drugi sposób, bardziej inwazyjny i wykonywany zwykle w ostateczności to pobranie szpiku prosto z talerzy biodrowych. Wiąże się to z zabiegiem pod narkozą, z ogromną ingerencją w organizm i kilkudniową niedyspozycją. Nieważne. DLA MNIE TO DYSKOMFORT PRZEZ KILKA DNI – DLA INNEJ OSOBY NOWE ŻYCIE.

Rodzicie byli temu przeciwni. Nie dziwię się – w końcu chodzi o zaburzenie homeostazy organizmu. Nigdy nie wiadomo, jakie mogą być konsekwencje. U jednych przebiega to w dany sposób, u innych  całkowicie odmiennie, bo każdy z nas ma indywidualne uwarunkowania. Nieważne, nie liczyłam się z tym, ze zdaniem rodziców, choć szanowałam je i rozumiałam. Chciałam uratować czyjeś życie.

Nastał styczeń. Przeszłam szereg badań kontrolnych, sprawdzono mnie od stóp do głów, pod każdym możliwym kątem. Okazało się, że jestem zdrowa jak koń! Wszystko w normie, żadnych niedoborów, żadnych niepokojących oznak, zero. Nigdy nie miałam tak dobrych wyników, nim zmieniłam dietę. Wstępnie potwierdzono moją zgodność. Przez najbliższe dwa tygodnie należało czekać na całkowicie pewne potwierdzenie i już docelowy zabieg.







Oddanie szpiku wiąże się z kilkoma czynnościami, które należy wykonać, aby wszystko było w jak najlepszym porządku. Najważniejszym jest przyjmowanie specjalnego leku, tzw. czynnika wzrostu. Występuje w postaci zastrzyków, które sama sobie robiłam przez cztery dni (2 razy dziennie) przed samym pobraniem materiału. Bolesne? Skąd! Najgorszy był jednak moment przed wbiciem igły w fałd skóry brzucha. Sprzeczne z naszym umysłem, podświadomie bowiem nasz mózg nie pozwala na „robienie sobie krzywdy”. Pierwszy, drugi, trzeci… Jakoś poszło.

Gwoli wyjaśnienia  - słyszałam różne komentarze na temat czynnika wzrostu, pozytywne i negatywne. Najgłośniej krytykowali Ci, co nie odważyli się przystąpić do DKMS lub, jeśli się na to zdecydowali, nigdy leku nie przyjmowali. Że czuć, jakby wyrywało kości… Że nie można chodzić… Że ma się ochotę umrzeć z bólu… Neupogen. Cóż, przez te cztery dni nie czułam się najlepiej, nie ma co oszukiwać. Objawy były zbliżone, jak w przypadku mocnej grypy – bóle kości, stawów, ale na tyle znośne, że dało się funkcjonować.Choć drugi dzień był najgorszy. Ponoć im bardziej boli, tym lepiej – wtedy szpik kostny produkuje zdecydowanie więcej komórek.

Szpik kostny znajduje się w kościach długich. U osób młodych występuje w postaci czerwonej, a w miarę upływu lat, robi się żółtawy/biały na skutek odkładanych komórek tłuszczowych. Najintensywniej komórki szpiku namnażają się w części ogonowej  i końcowej krzyżowej kręgosłupa, skąd wyrzucane są do krwi obwodowej, gdzie trafiają w określone miejsca zapotrzebowania. Czynnik wzrostu powoduje intensywne namnażanie się komórek szpikowych. Dlatego występuję te nieprzyjemne dolegliwości – nadmiar wyprodukowanych komórek macierzystych nie ma gdzie uchodzić, a w krwi i tak występuje go już za dużo. A jak nie ma gdzie się udać, „ciśnie się” w jednym miejscu. To jakby za dużo zjeść na obiad – boli wtedy brzuch, prawda? W tym przypadku jest to coś podobnego.

Pobranie odbywa się na piąty dzień. Z samego rana trzeba przeprowadzić morfologię krwi w celu sprawdzenia, czy wszystko jest w porządku. Po otrzymaniu wyników, przechodzi się do Sali aferezy i zostaje podłączonym do aparatury. Seperataor, czyli wielka szafa z licznymi rurkami i kręcącymi się zaworkami, wygląda dość zatrważająco. W jednym zgięciu ręki wkłuty zostaje wenflon, w drugim – igła separacyjna, która zasysa krew do jednej rurki… Opisanie  całego procesu to dość skomplikowana sprawa, jednak w praktyce okazuje się zdecydowanie prostsza i bardziej przystępna.

Siedząc w wygodnym fotelu, czytając książkę czy rozmawiając z innymi pacjentkami, nawet nie zauważyłam, jak minęły 4,5 godziny zabiegu. Spodziewałam się, że to będzie coś… gorszego. Okazało się całkiem przyjemnym procesem. A ta myśl, że ratuję komuś prawdopodobnie życie – bezcenna. I gdyby miało się to wiązać z czymś gorszym, albo miałabym jednak pobierany szpik z talerzy biodrowych, także bym się zdecydowała. Bo nie ma większej nagrody, niż ocalenie czyjegoś istnienia.

Niestety nie wiem, kto jest moim bliźniakiem genetycznym. Dopiero po przyjęciu się szpiku, dostanę zaledwie trzy informacje: o wieku, płci i pochodzeniu. Dopiero po dwóch latach każda ze stron ma prawo wystosować pismo o chęci poznania tej drugiej osoby. Chciałabym poznać osobę, która pod kątem genetycznym jest identyczna. Czy okaże się podobna do mnie? Mam nadzieję, że będzie mi dane przynajmniej raz zamienić z nią kilka słów.

Reasumując – oddawajcie szpik! To tak niewiele, a jednocześnie tak wiele.

Kiedy wyszłam z sali aferezy po zabiegu, usiadłam na korytarzu czekając na wyniki (jeśli okazałoby się, że wyreparowana zbyt małą ilość komórek, trzeba procedurę powtórzyć) i miałam ochotę rozpłakać się ze szczęścia. Puściły mi nerwy. Gdyby nie to, że siedziało ze mną dwóch innych pacjentów, pewnie bym się rozkleiła. Nigdy wcześniej nie czułam czegoś tak silnego. 

Wracając do domu, uśmiechałam się do samej siebie, a emanująca pozytywna energia zarażała innych pasażerów tramwaju. A może uważali mnie za jakąś wariatkę? Co z tego! Gdyby tylko wiedzieli…


Pozdrawiam,
Karmel-itka


Komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. nie ma czego gratulować - to zwykły gest dla drugiego człowieka :)

      Usuń
  2. "... Że czuć, jakby wyrywało kości… Że nie można chodzić… Że ma się ochotę umrzeć z bólu… WIERUTNE BZDURY! .."
    Ja tak właśnie się czułam drugiego dnia przyjmowania Neupogenu. Więc to nie są bzdury!
    Ale ,absolutnie, ani przez chwilę nie żałowałam, że zdecydowałam się oddać szpik ! W zamian z a 1 dzień mojego koszmarnego bólu , ktoś dostał szansę na życie. Więc było warto!
    I , oczywiście, gratuluję odwagi !

    OdpowiedzUsuń
  3. Brak mi słów. Podziwiam Cię i serdecznie gratuluję. Wyobrażam sobie to uczucie spełnienia, kiedy stamtąd wyszłaś. To piękne, co zrobiłaś. Aż cieplej się robi na sercu... Gdybym tylko mogła, nie zawahałabym się nawet sekundy. Ale tak jakoś wyszło, że jakiś czas temu sama walczyłam o życie. Nie w takiej chorobie, lecz w innej. To przekreśla możliwość oddania szpiku.
    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, że też walczyłam o swoje życie, ale choroba była na tyle "inna", że nie miała zgubnego wpływu na krem czy szpik. Cieszę się, że jednak wygrałaś walkę ze swoją chorobą, przeszłaś z pewnością bardzo wiele.
      Pozdrawiam Cię cieplutko, K.

      Usuń
  4. Zazdroszczę Ci, że udało się w Twoim przypadku doprowadzić wszystko do końca. Ja też odebrałam taki telefon w maju, wyraziłam zgodę na obie metody pobrania, przeszłam wstępne badania i zostałam "zarezerwowana" najpierw na 3 m-ce, później jeszcze na 1 m-c, a później niestety klinika wycofała się z przeszczepu........... W DKMS nie mogli podać mi informacji dlaczego. Bardzo żałuję, bo sam okres oczekiwania nadawał mojemu życiu inny sens! A co dopiero przeszczep, dlatego wiesz doskonale dlaczego zazdroszczę. Kazali czekać na następny telefon, więc czekam. Miejmy nadzieję, że Twojemu Biorcy się uda! Gratuluję i życzę choćby tych kilku słów zamienionych po 2 latach:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aż dziwne, że tak się stało. Może... nieważne, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Życzę Ci jednak, abyś mimo wszystko znalazła swego Biorcę i zdołała pomóc :)

      Usuń

Prześlij komentarz